Z pamiętnika BAITowca

Po kilku zjazdach naszej akademii pojawił się szereg felietonów napisanych przez Ewelinę Jasicką- jedną ze studentek BAITU, które są najlepszym komentarzem panującej tam atmosfery. Wszystkie teksty publikujemy poniżej.

 

CZERWONE PAZNOKCIE

 

Serce musi być pełne emocji. A nogi? Nogi muszą być stabilne, więc najczęściej w pośpiechu  podkreślam ich siłę czerwonym lakierem do paznokci. Jakoś mam wrażenie, że to pomaga, lepiej się stoi, wygląda, rozbiera, spogląda. Lubię jak z zimowej czarnej rajstopowej nudy, wyskakuje dziesięć wesołych czerwonych paluszków, już za moment mogących bezkarnie wylegiwać się na beach.

I tym razem tak było, przyozdobiona w wojenne barwy nadciągnęłam na nieco inną beach, mianowicie do Teatru Off de bicz na inauguracyjny dzień studiów magii.

Wystartowałam jak wszyscy z gołymi stopami na sali o dobrze położonym parkiecie. Ukradkiem ustaliłam, że raczej jestem w czerwonej mniejszości.

Gotowi do poddania się, oczekiwaliśmy na kolejno pojawiających się dyrygentów, odpowiedzialnych za te Iskry Boże.

Dwie Czarne Damy zaczęły od świdrowania nas wzrokiem, machając skrzydłami na tyle silnymi byśmy przyjmowali krytykę, wtulając się w nie jeszcze nie opierzeni.

Z nikąd wyskoczył jakiś Koleś. Jak się okazało, nie taki jakiś, ale Ktoś The Energy Animal. Przeciągnął nas nisko po słabej świadomości naszych ciał.

Pomiędzy jednym a drugim oddechem, dowidzieliśmy się, że nie potrafimy oddychać, bo yyyh zmęczy nas szybciej niż nam się wydaje. Niedawno nauczone oddychanie na nauce śpiewu u Rastiii Power Jaskółeczek już się nie liczy, bo teraz to trzeba wyyyydech robić z siłą Bruca Lee. Z tego wszystkiego wynikła ogólna panika. Jak do tej pory oddychaliśmy? Nosem czy ustami? Do diabła, co to jest wdech? A wydech? Ratunku krzyczą oczy, nawet mojej nowo ukochanej pary współtowarzyszy. Moim starym sposobem na panikę, jest myśl o czymś zupełnie innym, o drinku gdzieś na hamaku. Z uśmieszkiem zaczęłam powoli dochodzić do… Świetne! Koleś najzwyczajniej w świecie miał rację, bo każdy powrót z nerwowego oddechu do zdecydowanego wydechu młodego byczka Fernando, powodował ulgę na ciele i umyśle.

Choreografia, okazała się  nie do powtórzenia, ani na lekcjach religii, ani tańca towarzyskiego, ani matematycznie może filozoficznie, więc wszyscy skupieni na energii w rytmie afro jazzu, dowiedzieliśmy się, że tylko tę muzę należy wpuszczać do swojej duszy. I tak energicznym ślizgiem kolanowym w takt afro poznałam każdą klepkę parkietu. Okazał się wcale nie być taki doskonały, oczywiście parkiet, bo ślizg świetny, prawdziwy pozostawiający siniaki barw jesieni.

Zdyszana całym tym w przód i w tył, góra, dół, na moment stałam się widzem. Zobaczenie efektu tego tyrańczego tańczenia, którego nie chcieliśmy przerwać, którego przed momentem byłam świadomie częścią, okazało się wzruszające. Na chwilę zastygłam.

Z tej obcej ludzkiej mazi, powstała fala tancerzy płynących do brzegu przy jednoczesnym delikatnym unoszeniu się i ostrym opadaniu, złożona z silnych głosów i wydechów z drgających jednym rytmem skrzydełek nosa o takiej energii, że ta niedoskonałość ruchowa wydawała się celowa, stając się nawet dla wprawionego odbiorcy wzruszająco doskonała.

 

Dumnie stałam zdystansowana do siebie. Skołowane myśli płynęły mi już tylko w English mowie, że oddycham nie tak, że afro jazz, a nie smooth, że jednak coś nam wychodzi, czułam, że pomimo wszystko nie ma nic, co może mnie złamać. Jednak zmęczona głowa delikatnie opadła i serce zabiło. O Matko Boska! Co z moim paznokciami? Gdzie jest mój czerwony lakier? Środek dużego paznokcia u stóp był koloru paznokciowego. Cały jego red połysk wytarty przez parkietowy ślizzzg pozostawił niedbale obdrapany paluch.

Parasolnik przestrzeni wprawnie żonglował nami i angielskim, onieśmielał mnie i od czasu do czasu nieelegancki palec z resztkami koloru chowałam z tyłu drugiej nogi.

Pomimo wszystko z lekkością motyla wracałam do domu, zdając Mamie przez telefon na bezdechu relację. Nic z tego nie zrozumiała, bo z wrażenia albo zmęczenia opowiedziałam jej wszystko w obcym języku.

 

Parę dni po.

Moje koleżanki zapytały mnie przy kawie, machając cienką szpilką z otwartym przodem, z którego wystawał seksownie czerwony paluszek, o to czy dużo zrobiłam notatek na zajęciach (?).

Do tej pory zastanawiam się jak odpowiedzieć na to pytanie.

 

Eve

 

Uwaga! Czysta fikcja literacka; oprócz Mamy.

 

GNIAZDO

 

Bociany budują gniazda obok siedzib ludzkich, głównie na budynkach, drzewach i słupach linii elektroenergetycznych i telekomunikacyjnych. Ptak, który pierwszy przyleci (najczęściej jest to samiec) zaczyna remontować gniazdo. Znosi i układa materiał, którym są przede wszystkim gałęzie, siano, perz, obornik. Gniazdo ma zazwyczaj kształt kulisty o średnicy od 90 cm do 2 m, a wysokość wynosi zwykle od 0,5 do nawet 2 m, choć zdarzały się gniazda o wysokości 4 m (Polska, Węgry). W Polsce są znane i udokumentowane gniazda z ponad stuletnią historią, np. gniazdo na kościele w Kościerzynach w powiecie Brzeg, którego budowę zapisano w parafialnej kronice.

 

http://www.piotrmalczewski.com/artykuly/44-bocian-biay.html

 

Z lotu ptaka widać, że wiją gniazdo. To sam początek, ale można dopatrzeć się jego rysów, a krok, z jakim podążają w kierunku wspólnego miejsca, dary, które składają się na budulec, są świadectwem nie lada wyzwania.

Postaci ludzkich ciał z otwartymi czakramami, kolorowymi aurami, uśmiechniętymi ślepiami i skupionymi czołami zmierzają w tym samym jednym kierunku.  

Coś się zmieniło od pierwszego spotkania. Przechodzą z „ja” do „my”, nie zostawiając w tyle siebie. Trzymając się za ręce w harmonijnym kole, stają się wrażliwsi na siebie i cudze kryzysy. W bliższym kontakcie czuć ich ciepłą energię i choć dość elastyczne mięśnie nóg i serc bywa, że napotykają i zmagają się z własną słabością, zmęczeniem, zniechęceniem. 

Sami jeszcze nie wiedzą, do czego doprowadzi to ich samych, jednak w pocie czoła zmierzają ku sobie i ku wspólnemu. Krążą wokół aktorstwa, dramaturgii, choreografii, tańca, reżyserii, muzyki, odkrycia ich roli przed lub za kurtyną. Targają swoje ciała, plecaki pełne marzeń i kompleksów, aby pozwolić się otworzyć i przerodzić je w pracę, wytrwałość, efekt.

Nie tylko oni przechodzą zmiany. Wybitni prowadzący powoli zostawiają swoje superego, kierując się na tory coacha, doskonaląc swoje umiejętności pedagogiczne, by z rodzicielską czułością prowadzić swoich podopiecznych.

Takich gniazd człowiek w ciągu życia buduje sporo. I choć po latach bywa, że zostawia je innym, zawsze może do nich wrócić jak do domu. Pamięta, skąd się wywodzi, nie może go skalać, a samo miejsce stanie się świadomie lub nie jego opoką. Dobrze spojrzeć za siebie i powiedzieć „to moje, bo zostawiłem tam siebie”.

Wiedzą dobrze, że tworzą. To co włożą do wspólnego gara da określony produkt końcowy, a wszystkie wydarzenia po drodze wartość dodaną. Głód zamieniają w sytość. Emocje i kipiąca energia jak soczyste spożywanie włoskiej potrawy. Brak mięsa rzucanego w pośpiechu w zdaniu lub na patelnię bliski spokojowi i świadomemu wegetarianizmowi. Głodni wszystkiego nieudacznie łamią kostki.

Dziwią się, że są potrawy, które wymagają doświadczenia, ciepła i troski. Praca nad ciałem wymaga traktowania jak babcina drożdżówka. Aby była elastyczna, nie może otrzymać przeciągu, musi stać w ciepłym. Cierpliwie wyrabiana silną, ale serdeczną ręką, urośnie na zdrową babę.

Jedzenie to miłość, składniki plus zaangażowanie daje nam efekt końcowy, który bywa różny od oczekiwań. Ich dobra jakość zbliża nas do doskonałości.

Samotne jedzenie szkodzi zdrowiu, dlatego grupą w pośpiechu wychodzą odpocząć na świeże powietrze. W jednym kąciku ust sucha kanapka, a w drugim cienki papieros, na ławce czeka na swoją kolejność herbata z mlekiem. Tu dochodzi do barteru słów, wody, historii życia. Gdy zniechęceni kombinują jak się wymigać, jak na ruszcie otrzymują w trakcie rozmowy taki zastrzyk cudzej energii, że nagle przypomina im się pierwotna motywacja.  Powoli tworzą rodzinę.

 

Usiądź na widowni i patrz na scenę. Mokre czoło otrzyj trykotem. Wsłuchaj się w pulsującą ciepłem skroń. Oddychaj i siedź jak umiesz, jak chcesz. Delikatnie wypełniaj policzki własnoręcznie przygotowaną drożdżówką. Ciemne oblicze teatru ułatwia skupienie. Wyczekaj a oczy szeroko otwarte zaprowadzą cię do nagrody. Najpierw poczujesz bryzę, a później zobaczysz  cienką nieskończoną linię stykającego się nieba i morza. To splot prostoty życia i magii teatru. Wszystko dzięki komuś, kto otwierając drzwi, dba o wietrzenie tej sceny, która tylko w tym teatrze jest zawsze oknem na świat.

Eve

PS

Zasłyszane: ktoś wychodząc, powiedział no to BAaaaaaJT

 

Trzy przechwalające się bociany:

Pierwszy: w Krakowie uszczęśliwiłem potomstwem dojrzałe małżeństwo !

Drugi: ja uszczęśliwiłem 30stolatkę z BAIT-u  bliźniakami

Trzeci: ja mam ubaw bo straszę studentów w Gdańsku!

 

MŁODEJ MAMIE MIŁOŚCI !

 

ŁEBSKI CZAS

 

Umówiliśmy się w samo południe przy sopockim dworcu, nie do końca wiedząc, kto przyjdzie. Słońce za rzadką mgłą dawało o sobie znać. Wpatrzeni w kolejnych przechodniów, leniwie, spode łba w aurze dworcowych klimatów odhaczaliśmy kolejno wyłaniających się współtowarzyszy z jakby papierosowego tła.

Moim małym autkiem w pięć osób, wypchanym po brzegi plecakami, walizkami, podręcznymi torebkami w plażowy dzień zmierzaliśmy nad morze. Jeden przez drugiego na szybko sprawdzaliśmy, czy czegoś nie zapomniano, szczoteczka jest, ręcznik jest, dres jest, klapki pod prysznic się pożyczy, a wódkę dokupi. W przyjemnych podskokach po kocich łbach mknęliśmy z delikatnym reisefieber, zupełnie jakbyśmy nie mogli się doczekać wakacji, połykaliśmy, ostro wchodząc w kręte ulice, kolejne kilometry drogi. Banda przyjemnych wariatów, którzy zamiast przed telewizorem oglądać Dzieńdobry TVN, albo kąpać się w Bałtyku jadą bez klimatyzacji w upał, gadając tylko o tym, że nie mogą się doczekać kolejnej próby, wyzwania.

Gdy cel się zmaterializował nastała cisza, która powoli zaczęła wypełniać się ochami, achami. Przed nami otworzył się katalog z urlopem all inclusive do naszej dyspozycji. Wyspa kolorowych domków z idealnie przyciętą wokół nich soczyście zieloną trawą z otwartym basenem wypełnionym już pluskającymi się litewskimi, szwedzkimi i polskimi bajtowcami. Oniemienie nie miało końca. Przez kolejne dni odkrywaliśmy następne gwiazdki prawdziwej polskiej gościnności i przepysznego jedzenia.

Nie zniechęceni rajem, który kusił raczej grzechem wypoczynku; wprost przeciwnie zadziałał na nasz stan. Zwarci i gotowi do pracy, jak zawsze odegraliśmy doskonale swoje role: trenerów, studentów. Słońce zachęciło nas do pracy boso, na trawie. W takt żywej melodii skrzypiec hasaliśmy, by otworzyć nasze gardła, ciała i serca. Dzięki współpracy trzech szalonych kobiet powstał z naszym udziałem kolaż etno śpiewu z transowym tańcem w nieograniczonej przestrzeni i siłą czerpaną wprost z matki ziemi. Pierwszy wstyd został odarty przez spoglądających gości hotelu. Tą personalną  improwizacją dodawaliśmy temu miejscu jeszcze większej atrakcyjności.

Po kilku takich dniach wyglądaliśmy nie jak po ciężkiej zaprawie fizycznej, ale jak po urlopie, który pomimo wczesnego lata równo wokół koszulek opalił naszą skórę i dodał oku blasku.

Oszołomieni miejscem i naszymi wyczynami, sprzyjającym słońcem, ilością powietrza, ale jednak już wtopieni w ten rytm nagle przed nami jak spadająca kometa z kolorowym plecakiem pojawiła się Kaśka przybrana jakby w biało-czerwone barwy wojenne, przypominająca nam o innym zadaniu, które wspólnie powinniśmy tu wykonać.

Zadanie ze społecznej roli. Mecz. No, tak. Czerwiec 2012 to nie tylko nasz pierwszy wspólny wyjazd do pracy, pierwsza komuna spania, porannych rytuałów, ale jako Polacy jesteśmy gospodarzami Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej.

Wieczorem miał się odbyć mecz Czechy - Polska. Kibic czy nie, na moment, odsunęliśmy trening i zebrani w 20 osób w 5-osobowym domku z przekonaniem o wygraniu naszych piłkarzy rozsiedliśmy się w różnych wariantach krzesłowych, podłogowo-kołdrowych, kanapowych, indywidualnych, przytulonych. Nigdy w życiu nie byłam na meczu z takim kibicowaniem. Bez względu na narodowość byliśmy za naszymi, za gospodarzami. To, że Panowie z drugiej strony ekranu w efekcie nie dali rady, szkoda pióra na to, za to po mojej stronie ekranu wygraliśmy. Zdaliśmy egzamin z bycia Polakami, kibicowania, czarowania piłki, zagrzewania do boju. Zapewnie już nie powtórzę z nikim zdarcia gardła już w pierwszej połowie meczu, nawet nie będę próbować Łukaszowego dajcie mi P, a my z serca P, dajcie mi O, dajcie mi L, dajcie mi S, dajcie mi K, dajcie mi A. I wspólnie POLSKA!

Dziękuje za to przeżycie, za to, że byłam częścią tego cudownego meczu. Z Wami nawet przegrana wciąż smakuje mi malinowym piwem. To był ważny moment.

Z lekkim drżeniem w klatce piersiowej i dosłownie przygłucha od krzyków w klimacie stadionowym, pobiegłam na koleją atrakcję naszego spotkania w Łebie.

 

Było koło 22giej, gdy zebraliśmy się w sali, z której zrobiliśmy scenę i widownię, by zobaczyć dwa monodramy „Ściana na świat” z Wojciechem Jaworskim  i Idą Bocian, która grała w „Tulla”.

Jak przejść ze stanu stadionowych emocji w świat teatru, dziecka, Guntera Grassa? Zamach na emocje przemyślany czy nie, ale udany. Już słyszę naszą Panią reżyser ze wskaźnikiem: tak to jest typowe zadanie aktorskie, aktor musi umieć pracować z emocjami, zmiana to skok z emocji jednej w drugą skrajną, to jest istota. O genialnych monodramach Ewy Ignaczak można by pisać i oglądać je bez końca. O aktorach, którzy zmęczeni musieli trak pokierować grą, aby pobudzić nasze wyczerpane umysły dla nich szapo ba.

 

Było coś jeszcze, co mnie wzruszyło. Miejsce, do którego trafiliśmy nie było przypadkowe. Jakiś czas temu natknęło się na siebie dwóch kolegów z liceum Nasza Pani Reżyser i właściciel hotelu. Na nadmorskim polu zawodowym wspólnie po latach obserwowali swoje życiowe osiągnięcia. Studenci Ignaczak i ona sama gościliśmy w hotelu, który zaopiekował się nami idealnie. Ona sama przeniosła nas i swojego szkolnego kolegę i jego żonę do jej magicznego świata, udowadniając, że teatr można robić wszędzie i że liczy się tylko widz. Fajnie, że mogli połączyć siły i byliśmy świadkami spotkania dwóch dorosłych osób, które kiedyś siedziały w jednej szkolnej ławie, a teraz są dorośli i bawią się już nieco inaczej.

 

Wytrwałam do końca, ale w ciszy pobiegłam do domku. Te dni wypełniły moje wszystkie puste sfery, miałam w sobie tyle dobra, nut mogłam obdarować cały świat. Bałam się, że nie zasnę od tych przeżyć. Wtuliłam się w pachnącą pościel i jak zwykle świt przyszedł za wcześnie.

 

Eve

ZAWIŁE KORYTARZE

 

Autobus czekał przy Teatrze Muzycznym w Kłajpedzie w tym samym miejscu, do którego przywiózł nas dokładnie 10 dni temu. Za parę godzin będę w swoim wygodnym łóżku, bywa, że samotnym i dlatego już teraz wiem, że będę tęsknić za…

 

Rytmem dnia wyznaczanym przez zaspane dzień dobry, witające Gosię i Olę, a po kilku krokach przez Ewelinę i Jacka, a po otwarciu drzwi do kolejnego korytarza przez innych pięknych ludzi gotowych na przyjęcie nowej porcji wrażeń.

Powoli każdy dzień stawał się codziennością nadal nieprzewidywalną. Z dwudziestu wykładowców, którzy po kilku lekcjach porzucali nas jak kochanków, zaszczepiając w nas miłość do nowości, było kilku, którzy zagoszczą na stałe w moim sercu. Tłumaczeni przez kilku tłumaczy, patrz istnieje też śpiew operowy, dotknij tego.

Rytmem dnia wyznaczanym przez moje zdziwienia, że błaznowanie to też forma poszukiwania, którego efektem jest objawienie talentu śpiewu falsetem, wspólny uśmiech, który również zagościł u Peny, który rozświetlił pięknie jej twarz.

Rytmem dnia wyznaczanym przez ratowanie przez Przemka kaszy Jacka przed przypaleniem, poszukiwaniem internetu, wytarciu szlaku do Ikiego, wymianą kuponów do Charliego i zdarciem gardła podczas karaoke „I want to hold your hand”.

I tak dzień za dniem, nie chcąc, by już się kończyło. Umyć zęby, poranny spacer, Kije Samobije, Blue Moon, litewski pieróg, niemiecki Szekspir, piwko, wyczekać kolejkę pod prysznic, lulu. I znowu z odrobiną nowości przed myciem zębów policzyć ukąszenia pająka, poćwiczyć ciało po śnie na drewnianym materacu, kawka z dziewczynami, pantomima, rytmika, litewskie chlebki z czosnkiem i majonezem. I tak dalej i tak dalej. Już nie dzwonię do rodziny, znajomych, już o nich zapomniałam.

 

Otwieram oczy i widzę moją Mamę. Jednak to tęsknota. Moje ciało jest moją Mamą. Nie, to nie tęsknota. To ciągle moje ciało, ale wykonuje jej gesty. Otwieram oczy i czuję atmosferę mojej Mamci. Teraz dokładnie czuję, co cała rodzina mi mówiła, jak jestem do niej podobna. Widzę też monumentalną salę i wszystkich innych w młodych ciałach o dziwnym starczym poruszaniu się. Czyli nie, nie jest ze mną tak źle. Widzę odstającego od nas posturą i wiekiem Czarownika z ogromnymi stopami, wykręconymi palcami, jak u Japoneczki po ciasnym obuwiu, z łysiejącym siwym włosem na opalonej wielkiej głowie. W dobroci i skupieniu, eleganckim angielskim, dobrym wychowaniem i wspomnieniem swojego inteligenckiego domu, stawia delikatne, lecz pewne kroki. Drobi coś w dłoniach, później dotyka nimi głowy jakby chciał strącić z twarzy pająka i później w tym samym szybkim ruchu dotyka tak całego ciała. Wygląda jak szaman, który chce oczyścić swoje ciało. Krążąc wokół nas mam wrażenie, że wspomaga nas tą swoją ruchową mantrą, abyśmy weszli w inny stan świadomości, który miał swój temat. Bądź jak Twoja babcia, matka, idź jak ona, bądź nią w jej ułomności, kroku, tiku. Czuję jego energię, czuję też moją Mamę. Ten moment był jakby zaklęty w dużej mierze dzięki temu Czarownikowi od Czechowa.

 

Metody, techniki, studia ooooczywiście to wszystko jest mi świetnie znane!

Tak i z pewnością wykorzystam to na stypie u Dostojewskiego. Ja akurat po tym zastrzyku wiedzy czuję się tak pewnie, że aż mnie nosi. Nie, nie odbiło mi. Po prostu nauka przynosi efekty. Nie daję już wprost rady oglądać co wieczór wyświetlanych przez Szymona filmów i sztuk teatralnych, bo normalnie słabo mi się robi jak oni wszyscy miernie grają i reżyserują. Ja to czerwonym długopisem najchętniej bym pokreśliła te wszystkie cudze niedociągnięcia.

Mianowicie jestem przekonana, że nasza sztuka będzie doskonała. National Theatre w Londynie wysprzeda rok do przodu bilety na naszą sztukę. Pani Reżyser już do końca życia będzie spijać śmietankę i udzielać wywiadów do TVP Kultura. Marek już nie będzie się musiał taplać w glinie, ja w końcu podpiszę kontrakt z Warner Bros i porządnie zagram ptaka Hitchcocka, a Jackowi postawią przy Teatrze Narodowym posąg w najdziwniejszej wygiętej pozie.

 

Jak już tak szaleję, to wystawię Baitowi na Litwie Ocenę. No co, nabrałam pewności siebie, nie trzeba było mnie zapraszać na studia. Wystawiam Nam wszystkim bardzo dobrą ocenę. Wykładowcom, organizatorom, studentom, tłumaczom.

To był sprawdzian, który zdaliśmy Wszyscy Litwini i Polacy ze Szwedami.

 

Słucham RMF Classic, w między czasie leci „Jezioro łabędzie” Czajkowskiego i inne takie dobre dźwięki i w zasadzie nie wiem, czy to co napisałam jest tym, co chciałam napisać, czy tylko natchnieniem muzycznym…

 

MONIT

Delikatnie acz zdecydowanie pragnę zadać mały monit dorosłego człowieka nie dla obronny, ale wychwalający Młodzież w Akademiku, wynikający nie z tego, że oczywiście dam się za nich pociąć, ale tym razem chodzi o podglądanie przez dziurkę od socjologicznego klucza. Pragnę nadmienić, że wszystko ma rysę. I bardzo dobrze. Nie ma nudy.

 

Nigdy przez tyle dni nie byłam z tak kulturalną i spokojną młodzieżą w takim słabym akademiku z takim dziwnym personelem. Almodovar, Bracia Coen wysiadają. Nie wiem, jakim cudem zwracano im uwagę, że było głośno, ale ja spałam świetnie, a chodziłam spać wcześnie. W tych warunkach, ja w ich wieku musiałabym w myśl, jakie miejsce taki klient, wypić tony wódki, aby nie widzieć, pleśni, brudu, pająków, okien bez zasłon lecz z otworami na wylot i ponieść się szalonej energii. Nigdy też nie słyszałam, aby się bawić po cichu i pić z umiarem jak oni i palić papierosy do 22:00. Porządni ludzie.

Widziałam za to te same Panie zwracające Młodzieży uwagę na temat ich zachowania, podczas gdy one wykonywały swoją pracę w przedziwny sposób, podając klucze do pokoju delikwentowi bez wylegitymowania go. Jak w czasie pracy kawkowały i przyjmowały całe rodziny, to było akurat urocze, ale nie mam takiej roboty, czysta zazdrość. Widziałam Panie sprzątające, metodą dotąd mi nieznaną. Szarpiące wiadro z tą samą wodą po wszystkich piętrach. Łatwiej by było wylać wodę i puste wiadro po schodach zanieść na kolejne piętro i tam wypełnić czystą wodą. Lżej i czyściej. Niestety istnieją metody na mycie schodów, podłóg i poręczy jedną i tą samą szmatą i wodą z pękiem kudłów, utopionych much w wodzie koloru świńskiego szamba, na wydawanie byle komu kluczy i zwracanie uwagi bądź co bądź klientom.

Na miłość boską, jak już coś robić w życiu, cokolwiek to ma być, to róbmy to porządnie z głową i do ludzi zawsze z sercem.

 

Ciebie koleżanko EU też się to tyczy.

 

Eve